środa, 20 października 2010
Łojezu.
No jestem, jestem spode wrotem. Chciałam tylko przypomnieć szanownemu gremium, iż żyję, nie utyłam, nie mam zmarszczek, samochodu i złudzeń. Ale mam nowiutką gitarę, a to już coś. I jestem zupełnie dwujęzyczna, taki o defekt uboczny półrocznego melanżu pod palmami. Moja kariera wisi na włosku, lecz nie pozwolę jej utonąć, pozstanę jeszcze bardziej wybitna, a jak komuś to będzie przeszkadzać, to cóż - jego problem. Odkryłam, że stateczność i będące jej bezpośrednią konsekwencją ustatkowanie w ogóle nie czyni człowieka szczęśliwym. To co nas rumieni i wzmacnia, to zmiany. Nie bójcie się ich, nie warto. Życie jest za krótkie by oddawać się jeno grajdołkowej kontemplacji. Z życzeniami miłej lektury, Su.
piątek, 25 września 2009
"Przestań szerzyć defetyzm!"
Powiedziała, nie tak znowu dawno, bo aż wczoraj, polska alter-ego niejakiej Dolores Nieflores w kolejnym odcinku jakże smutnego i trącącego szatnią serialu o niewiele mówiącej nazwie "Tancerze". Rozumiem, iż jako osoba wychowana na komercyjnej szmirze "Un paso adelante" zapewne nie grzeszę subtelnym wyrafinowaniem oraz poczuciem dobrego smaku, który niewątpliwie coraz częściej wylewa się z ekranu TVP H(w)D. A jednak płakać mi się chce, gdy patrzę, widzę i -zgrozo! - ziewam oczekując w niepokoju kolejnej ciut spapranej choreografii w wykonaniu pociesznych tancerzy polskich, którzy tańczyć potrafią. I koniec. Każdy, kto kiedykolwiek zainwestował w superkarnet do Egurrola Dance Studio wie, że najlepszym przyjacielem tancerza jest rytm. Reżyser produkcji "Tancerze" wziął sobie ową myśl do serca... i niezwykle czule, od ponad pół roku, maltretuje widzów mizernym (i pazernym, oj pazernym!) aktorstwem tudzież słuchu brakiem ekipy tancerzy, którzy ni zadziorni nie są, ni ciekawi. Ciekawe zaś jest, ile kosztowała naszą Telewizję licencja od Anteny Tres i Globomedii. Rozmowy pewnie nie trwały długo, gdyż "Tancerze", to nic innego, jak bardzo niskobudżetowy klon UPA, w którym od architektury szkoły po przedziałek Doroty-Loli i odruchy bezwarunkowe Adeli wszystko jest... Jakie jest. Resztę przemilczę. Niech żyją pośladki Pedra i bródka Robera! Niech trwa w pamięci wytrwałych, jedyna i niepowtarzalna, Ukraińska Powstańcza Armia!
piątek, 19 czerwca 2009
Co za pogoda!
Jestem pod wrażeniem. Niemiłosiernym i znacznym. W kwietniu nakupiłam bluzek na maj: krótki rękawek, bezrękawek, falbanki, cudeńka. No i sukienkę. W lamparcie cętki, taką z bajerami, bo ja bajery lubię, choćby i wiejskie nieco były. Owy ciuchowy almanach leży grzecznie w szafie. Od maja. A panna Susanita wyszła dziś po bułki w bluzie na narty. Jak tak dalej pójdzie, to spakuje nad morze spodnie snołbordowe. Teraz nie sezon, więc na Allegro stoją chwilowo taniej niż kąpielówki. Obudziłam się z piekielnym bólem głowy. Zastanawiam się, czy to dlatego, że przez pół nocy szukałam paszportu, czy raczej przez esemesy Kubeusza, brata mego, co to nie ma co robić o drugiej nad ranem, tylko informować mnie zaciekle jaki to "spoko melanż się w Wawie właśnie zaczoł". Bo Kubeusza przepuścili. Do trzeciej liceum i cała rodzina cieszy się z tego powodu na tyle niezmiernie, iż zaczęła mu kibicować nawet w ilości wypitego piwa. No, przyznam szczerze, ja też z młodego dumna jestem. Że na rowerku skacze już dziesięć lat prawie i jeszcze żyje. I, że mu się broda goi coraz lepiej.
Jakub Frątczak Promo#1 from maniek on Vimeo.
czwartek, 05 marca 2009
Nie rezygnuj szlachetnie!
Jest coś, pewna kwestia, która od kilku miesięcy regularnie i z wzorową wręcz frekwencją spędza mi sen z powiek. Otóż przyjdzie mi niedługo skończyć studia, czynność to jak najbardziej wskazana, zacząć pracę w godnym wymiarze, drzewo zasadzić, dom zbudować i... Ano, właśnie. Od dziecka wpajano mi, że jestem Kimś Wyjątkowym. Ja w tą "wyjątkowość" nie wierzyłam, kojarzyła mi się ze szwabskopodobnym dziadkiem z reklamy Werther's Original i starałam się raczej ową domniemaną iskrę bożą w czyn wprowadzić, aniżeli słuchać pseudo-apostrof, choćby nawet prawdziwe być miały. Chodziłam do szkoły muzycznej, wygrywałam konkursy, mówiłam wierszyki na akademiach, prowadzano mnie do galerii i teatrów, bale-recitale, cuda nie widy - do dziś dnia pamiętam z lekka traumatyczne doświadczenie wieczoru Anny Szałapak w Pruszkowskim Domu Kultury Muzeum Starożytnego Hutnictwa Mazowieckiego: plastikowe krzesła, tyłek boli jak cholera, a obok podniecona ciotka i jej wprawiona w rozkosz słowna synestezja: - Weź tak nogami nie wierć, Magduszko, duszko, szkoda gadać. A w szkole pochwalisz się gdzie byłaś! Szkoła wycieczek takich nie organizuje! Pochwalić się pochwaliłam, dostałam nawet za to piątkę z polskiego. Wtedy jeszcze nie przyszło mi do głowy, jak istotna będzie w mym życiorysie edukacja kulturalna. wystarczyło dokończyć podstawówkę. Później było już tylko gorzej. Stałam się uzależniona po zęby od wszystkiego, co można przeczytać, przesłuchać, obejrzeć... Dlaczego? Dla sportu? Nie, skądże. Czysto ideologicznie. W tamtych, nie-tak-znowu-odległych czasach, to, co kulturalnie trudne miało inną wartość. Miało wartość Doświadczenia. Skomplikowane, a więc bardziej złożone, ciekawe, wymagające zrozumienia, stawiające warunki i wyzwania. A potem człowiek, zwłaszcza mały, myślał: "Zrozumiałem! Rany, ale ja jestem MONDRY!". Co myśli ten sam człowiek ino lat później piętnaście? Już wie, że duchowo rozwinął się za szybko i jest ogólnie niezrozumiały. Że nikt nie wierzy jego opowieściom, że znajomi strachu raczej przed nim nie kryją i - uwaga najważniejsza - że wszelka wrażliwość na tę literaturę i sztukę ma, co najmniej nieszczególne, znaczenie na rynku pracy. Bośmy się doczekali czasów, w których wychylać się po prostu NIE OPŁACA. Gdzie przaśność, prostoliniowość, a nade wszystko jednolity umysł, są niezwykle porządane i cenione. Gdyż są PRZEWIDYWALNE. Gdy się od normy odbiega - ot, wystarczy nie jeść bułek i w odpowiednim momencie nie kupić telewizora - już się jest postrzeganym jako ten Kaspar Hauser. A jeśli nawet, niezmiennie i faktycznie, umysłem się dysponuje, to najlepiej zdolność tę skrywać jak najgłębiej. Żeby INNI nie czuli się gorzej W Twojej obecności, Rżnij głupa. No i jak tu się cieszyć z własnej zawiłości...
poniedziałek, 19 stycznia 2009
新しいのスサニタ。Każdemu według potrzeb.
Susanita urosła wszerz i się z lekka postarzała. Poza tym je to, co zawsze śmiała jeść, robi to, co robić lubiła i śpiewa wciąż te same piosenki. Najchętniej śpiewałaby "Rosa y clavel", ale szanuje swoich nowych sąsiadów. Nawet pana Psychopatę z piętra wyżej i panią Konczitę. z tych, co to wszystkich psem swoim straszą. Susanita jednak nade wszystko szanuje swych Wielce Szanownych i Wiernych Czytelników, dlatego też wraca po raz trzeci i ostatni. Już nie będzie nikogo opuszczać, wszak też serce posiada. Ałtorka, z racji na długi medialny niebyt, zrobiła sobie zdjęcie wąskokątne. Chce być bardziej rozpoznawalna. Ostatnio na ulicy poznają ją tylko Indianie spod Metra Centrum, sprzedawczyni gumowych rękawiczek oraz cieć z bloku naprzeciwko. ![]()
poniedziałek, 12 maja 2008
Od słowa do czynu. Czyn, nie?
Jak założyłam (rok temu, wieś barcelońska, intelektu przebłysk, patrz notka niżej), tak zrobiłam. Zajęło mi to prawie rok, ale chyba wyszło. Proszę Państwa: oto Susanita w wersji Loli Goth, czyli najprawdziwszejsza Gothic Lolita Polska w Pociągu Szybkiej Kolei Męskiej. Banzai!
czwartek, 16 sierpnia 2007
Mierda china, mierda.
Minal miesiac od kiedy probuje odnalezc sie w parszywie malo rezolutnej mentalnosci rybakow ze wsi pod Barcelona. Mowiac z morska, samo dno. Podczas, gdy przecietny polski student zdobywa praktyke za praktyka i piwo za piwem, tutaj - autentycznie - nie robi sie nic. O, przepraszam. Tu sie robi dzieci. Troche jak z tymi Chinczykami i Masalami: jeden Masal spi, jeden Chinczyk sie uczy. Dwoch Masali spi lub sie modli, dwoch Chinczykow gra w go, cwiczy umysl. Trzech Masali kontynuuje modly. Trzech Chinczykow zaklada firme. Minal miesiac. Odkrylam, ze jestem Chinka. Albo Japonka. Chyba sobie kupie Nintendo Brain Training. ![]()
wtorek, 10 lipca 2007
O stawaniu. I innych słowach dwuznacznych.
Więc może zacznę od tego, iż gro osób czytających kiedyś ten blog zdążyło zadać sobie pytanie, co musiałoby się stać, by Panna Susanita powróciła do pracy tfurczej. Autorka odpowiada, że właściwie nie stało się nic, że tak samo jak rok i dwa lata temu Talibowie planują zamach na warszawskie metro i, że samoloty na Ibizę wciąż latają nad jej dachem. Dachem Autorki. Proszę nie klikać na linki do blogów, bo ci, którzy tam pisali zmienili adresy, założyli rodziny, lub jedno i drugie i nie zawsze jestem na bieżąco. Proszę klikać na linki do nutek, bo są to nutki śliczne. Jak zwykle zresztą. Susanita również jest śliczna. Dziś wyjątkowo niezwykle, a to wszystko dzięki suszarce do włosów, nowej, wspaniałej, ceramicznej i jonizującej, po którą to bohaterka nasza wybrała się aż do Pyr, gdzie w promieniach poranka mogła przyjrzeć się dokładniej brudnym kadłubom lądujących boeingów polsko-norweskich. Droga była długa i daleka. Iście harcerska.
poniedziałek, 16 kwietnia 2007
Dru Zapraszka na Li.
O tu: http://magdalenawrzodak.blox.pl/2007/04/Mishima-Yukio-Kinkakuji-Zlota-pagoda.html#ListaKomentarzy
niedziela, 01 kwietnia 2007
poniedziałek, 05 marca 2007
|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Ach, bo wreszcie mamy lato!
Czytam znajomie
Hiszp*
Nutki
Pamiętniki
Susa melo-man
Susa TFUrcza
Tu (często) bywam
Tu zaglądam
![]() Utwórz swoją wizytówkę |